Co Gender Diary chroni, a czego nie chroni
To jest ta dłuższa odpowiedź. Krótka musiałaby pominąć akurat to, co jest ważne, jeśli zastanawiasz się, czy powierzyć temu swój dziennik.
Gdzie jest twój dziennik
Twój dziennik jest zapisany na twoim urządzeniu. Nie ma konta Gender Diary, nie ma nigdzie serwera z kopią, nie ma niczego, co synchronizuje się w tle. Wpis ląduje w pamięci urządzenia, na którym powstał, i zostaje tam, dopóki go nie wyeksportujesz albo nie usuniesz.
Serwera nie ma, więc nie ma serwera, do którego można się włamać, który można zająć nakazem albo sprzedać. Ufasz za to własnemu urządzeniu i każdemu, kto ma do niego dostęp.
Blokada aplikacji
Blokada aplikacji jest wyłączona, dopóki jej nie włączysz, tak jak każda funkcja w Gender Diary, która coś ukrywa. Prowadzenie dziennika o własnym życiu to zwyczajna rzecz. Bywają sytuacje, w których i tak jest to niebezpieczne, a czy twoja taka jest, wiesz tylko ty.
Co robi. Blokada aplikacji stawia PIN przed wejściem, więc ktoś, kto weźmie do ręki twój odblokowany telefon, nie przeczyta dziennika, po prostu otwierając aplikację.
Czym nie jest. Nie jest szyfrowaniem tego, co zapisane. To bramka w interfejsie, a interfejs nie jest jedyną drogą do pliku. Cztery cyfry zatrzymają spojrzenie przez ramię. Nie zatrzymają kogoś, kto ma twoje urządzenie, czas i powód.
Jeśli zapomnisz PIN-u, jest jedna droga z powrotem: działanie na ekranie blokady, które kasuje lokalny dziennik i zaczyna wszystko od nowa. Nie ma odzyskiwania, które zachowuje wpisy, bo PIN, który dałoby się odzyskać, niczego by nie chronił. Po błędnych próbach kolejna czeka coraz dłużej, a nic nie kasuje dziennika samo po ustalonej liczbie prób. Od takiego licznika do zniszczonego dziennika, którego nikt nie kazał niszczyć, wystarczy jedno znudzone dziecko albo jedna kłótnia.
Szyfrowanie zapisanych danych
Dziennik nie jest jeszcze szyfrowany tam, gdzie jest zapisany. Blokada aplikacji ogranicza dostęp przez aplikację. Nie jest szyfrowaniem bazy, a kto skopiuje pliki z twojego urządzenia, przeczyta, co w nich jest. Szyfrowanie zapisanego dziennika powstaje i ta strona to napisze, wymieni, co obejmuje, i wymieni, czego nie obejmuje, kiedy test pokaże, że kopia zamkniętych plików niczego nie oddaje.
Archiwa
Eksport pakuje dziennik do jednego pliku archiwum i szyfruje go hasłem, które wybierasz, zanim plik gdziekolwiek trafi. To hasło nie jest twoim PIN-em ani hasłem do dziennika. Chroni ten jeden plik.
Co archiwum zdradza. Pierwsze sześć bajtów pliku to otwartym tekstem GDIARY, dalej wersja formatu i ustawienia, z których powstaje klucz z twojego hasła. Ta część musi być czytelna bez hasła, żeby plik z nowszej wersji mógł to powiedzieć, zamiast odszyfrować się w bełkot. Wszystko z dziennika jest za hasłem. Kto znajdzie ten plik, dowie się, że masz archiwum Gender Diary, i niczego o tym, co w nim jest.
Jeśli zgubisz hasło do archiwum, tego pliku już się nie odczyta. Innych archiwów, zrobionych z innymi hasłami, to nie dotyczy.
Co widzi serwer WWW
Kiedy otwierasz aplikację w przeglądarce, prosisz o nią serwer WWW, a ten widzi adres IP, mniej więcej porę zapytania i to, że aplikacja została pobrana. Sprawdzenie, czy jest nowa wersja, to takie samo zapytanie. Tak działa każda strona, którą otwierasz, i ta też.
Serwer WWW nie dostaje twojego dziennika. Wpisy, zdjęcia, notatki i wyniki badań nigdzie do niego nie idą, bo nie ma dokąd.
Dlatego nie przeczytasz tutaj, że „Gender Diary nie wysyła żadnych zapytań sieciowych”, bo to nieprawda. Pobranie aplikacji jest zapytaniem sieciowym. Wyjście twojego dziennika na zewnątrz to co innego.
Czego to nie chroni
Jeśli ktoś już panuje nad twoim urządzeniem, to nie te mechanizmy stoją między nim a twoim dziennikiem. Odblokowany telefon w cudzych rękach, przejęty system operacyjny albo otwarta aplikacja na ekranie leżą poza tym, co szyfrowanie zapisanych danych umie zrobić. Gender Diary tego nie obiecuje. Jeśli coś to obiecuje, nie wierz.